Nad dzikim Bugiem…
Lipiec 29, 2012 w Fotografia, Przyroda by Martyna
Długo oczekiwana wyprawa na drugi koniec Polski, nad samą graniczną rzekę Bug i okolice. Byłam bardzo ciekawa widoków, wrażeń… A więc…
Bug jest jest jedyną rzeką stanowiącą granicę polski z dwoma krajami: Ukrainą i Białorusią. Jest również czwartą co do wielkości -rzeką Polski (zaraz po Wiśle, Odrze i Warcie).
W rzeczywistości, bynajmniej na odcinku granicznym, Bug jest pokroju (szerokości) naszej Warty. Co mnie bardzo zaskoczyło, to po pierwsze, dwa fakty: po pierwsze -prawie nie ma wzdłuż niego wałów chroniących przed wylewaniem rzeki i powodziami; po drugie -Bug, mimo swojego nieuregulowania- praktycznie w ogóle nie wylewa! Jako swoisty dowód niech posłuży rozmowa z miejscowym nadbużaninem (rocznik ’41), który zapytany o powódź najpierw głęboko się zdumiał, następnie zastanowił, po czym stwierdził, że oprócz -bodajże- roku 1964, nic takiego nie pamięta. Niesamowite! ![]()
Kolejną rzeczą, która mnie zaskoczyła, to konieczność „meldowania się” Straży Granicznej. Zapomniałam, że to nie Schengen, i że to tu kończy się granica Unii Europejskiej -wszak po drugiej strony rzeki jest już Białoruś ;). Biwakując, a już szczególnie nocując w tzw. Pasie Nadgranicznym (który obejmuje mniej więcej ok. 20 km wzdłuż granicy) naprawdę warto pamiętać o tym obowiązku, ponieważ Straż Graniczna regularnie patroluje granicę państwa i będąc „niezameldowanym” niemal na pewno (i to nawet w nocy) skończy się przymusową ewakuacją z biwakowiska, wylegitymowaniem oraz ukaraniem mandatem. I nie pomoże tu tłumaczenie, że „nie wiedziałem” ![]()
Trzecią rzeczą dla mnie nową, jest ilość cerkwi (wprawdzie nie widać tego na zdjęciach) i ludności prawosławnej, władającej dialektem bardzo różniącym się od naszego, zachodniego. Dla przykładu dwie anegdoty z wyprawy: będąc w okolicy Kostomłotów, klucząc nadbużańskimi szlakami, jakimś cudem trafiliśmy do Klasztoru w miejscowości Jabłeczna. Jako, iż w tym samym czasie odbywał się tam jakiś zjazd, odpust czy święcenia (sama nie wiem), i nawał ludzi i samochodów spowodował niemożność przejechania, Wojtek już z niemocy zapytał jakiegoś tubylca: -„Co to za miejscowość?” Odpowiedź padła od razu: -„Toż to panie Jableeeeeeeczna, Klasztor w Jableeeeecznej!” ;).
Druga anegdota z wyjazdu: będąc w sklepie w Terespolu, przy kasie, rozmawiałam o czymś z Wojtkiem. Po chwili zagadaliśmy do kasjerki, po czym ona: -„Chyba słyszę tu Poznań”. Troszkę się zdziwiłam, że to słyszy po gwarze, dialekcie etc., ale to dowodzi, jak bardzo nie słyszymy, co sami mówimy -z pozycji osoby trzeciej ![]()
Wspomnienia miłe, zatem warto obejrzeć zdjęcia:




























































Najnowsze komentarze