Majowa wyprawa: Świebodzin -Chycina -Lubikowo -Zbąszyń (150 km), 1-3 maja 2009r.

Maj 3, 2009 w Fortyfikacje, Przyroda, Rowerowe wycieczki, Wyprawy kilkudniowe

Trasa do obejrzenia TUTAJ :)

Jak w tytule -całość trasy, licząc od wyjazdu z domu, do przyjazdu do domu -w przybliżeniu miała 150 km.ns

Podzieliliśmy sobie ten dystans na 3 dni, tak, by dziennie pokonywać maksimum 50 km, gdyż wyjazd zaplanowany był jako typowo rekreacyjny (a nie „gnanie na oślep” i stawianie na ilość kilometrów) 😉

1 maja 2009: DZIEŃ 1

Poznań -Świebodzin -(Lubrza – Boryszyn -Wysoka -Pieski -Kursko) -Chycina

Początek wyjazdu był troszkę nerwowy, a to ze względu na kilka nałożonych na siebie okoliczności.

Na dworcu głównym byliśmy po godz. 10:00 -kolejki do kas straszne (więc nie było mowy o kupieniu w nich biletu), a na peronie dodatkowo okazało się, że w podstawionym już pociągu niestety zabrakło wagonu rowerowego!

Dodam tylko, że  nie byliśmy bynajmniej jedynymi rowerzystami wybierającymi się w stronę Frankfurtu nach Oder…

Tradycyjnie nasze „kochane PKP” zawaliło sprawę swoim totalnym brakiem wyobraźni co do długiego majowego weekendu (!), co niestety m.in. poskutkowało bezradnym pozostaniem w Poznaniu kilkorga rowerzystów niemających gdzie zmieścić się ze swoimi pojazdami.

W końcu jednak -mimo przeciwności- ruszyliśmy o 10:45 w stronę Świebodzina.

Po godz. 12:00, a właściwie przed 13:00.

Po prszestudiowaniu map zdecydowaliśmy się pojechać do Lubrzy inną, niż dotychczas, drogą -która notabene okazała się spoooorą moreną i najwyższym punktem w okolicy 😉 <zdjęcia poniżej>

Czekał nas zatem spory podjazd… Uff… Ale daliśmy radę i w nagrodę zatrzymaliśmy się na chwilę podziwiać widoki :)

Dalsza droga była dla nas sporą niespodzianką, gdyż jechaliśmy nią po raz pierwszy. Ale już we wsi Rusinów Wojtek kupił swój uwielbiany napój, na który potocznie mówimy „Jasiek”:D dlatego, szczęśliwy i wzmocniony, chętnie pojechał w dalszą drogę 😀

Niedługo potem na naszej trasie napotkaliśmy wieżę -patrzalnię przeciwpożarową <zdjęcie poniżej>, na szczycie której pan leśnik (?) spokojnie słuchał sobie U2 -akcent muzyczny nam się spodobał, a pana pozdrawiamy! 😀

Abstrahując od tematu -jak łatwo zauważyć, część dróg, po których poruszamy się po woj. lubuskim w swoich wyjazdach -jest brukowana; co jest z kolei oryginalną pozostałością po bytowaniu tu Niemców i budowaniu przez nich różnego typu budowli taktycznych (np. panzerwerków). Bruk lepiej niż nawet dobrze ubita ziemia -służył dojazdowi do nich, stąd jeśli przebywa się w woj. lubuskim i dostrzegamy drogę zmieniającą się we wybrukowaną -możemy być pewni, że w pobliżu znajduje się np. poniemiecki panzerwerk :)

Ok, dotarliśmy do Lubrzy! :)

Krótki posiłek (i kilka fotek) na środku miasteczka w towarzystwie czołgu to równie miła odmiana od kilku godz. już spędzonych na rowerze <foto poniżej> Czołg na środku Lubrzy to rosyjski T34, przemalowany „na modne moro” 😀 W każdym razie warto zobaczyć!

Później mijamy wieś Wysoka, w lewo skrótem przez las do Piesków i już coraz bliżej Chyciny! :)

W Kursku (czy Wam też kojarzy się z Rosją? 😉 ), ciągle smagani prawie już letnim słońcem (zero nawet jednej chmurki!) zatrzymujemy się właściwie tylko na chwilę -po kilka zielonuśkich młodych szparagów rosnących sobie beztrosko przysamej drodze 😉 Smakowały wybornie :)

Jeszcze chwila i już jesteśmy u celu -w Chycinie!

Pierwszą rzeczą, która dała nam „w kość” natychmiast -był istny ogrom komarów!

Ale cóż, rozbiliśmy się na oficjalnym miejscu biwakowym nad jez. Chycina, szybko rozstawiliśmy namiot i popsikaliśmy się anty-komarem 😉 Jednak muszę przyznać, że nic tak na nie działa, jak ognisko -dym jest dla nich nie do przebolenia.

Była również i pierwsza kąpiel! :) Czysta i ciepła woda wręcz zachęcała do zanurzenia się.

Na biwakowisku towarzyszyła nam również m.in. spora grupa studentów -kajakarzy ze Szczecina 😉

Tak oto minął pierwszy dzień wyjazdu :)

2 MAJA 2009: DZIEŃ 2

Chycina (-Bledzew -Skwierzyna -Twierdzielewo -Kalsko) -Lubikowo

Początek drugiego dnia minął pod znakiem ataku komarów -zaraz po wyjściu z namiotu zaatakowały masowo 😉

Trzeba więc było zwijać się jak najszybciej i ruszać w dalszą drogę…

Opuściliśmy Chycinę i skierowaliśmy się w stronę Bledzewa.

Tam odpoczęliśmy chwilkę na rynku, przypatrując się jakimś gorączkowym przygotowaniom do jakiegoś świę?a (-może Dni Bledzewa?).

Szczególnie zaskoczyły nas bledzewskie cheerleaderki 😉 <foto poniżej>

Zjedliśmy coniecoś, spojrzeliśmy na mapę i już byliśmy na drodze do Skwierzyny. Przy wjeździe minęliśmy zabytkową pruską budkę dróżniczą <foto…> 😉

Trzeba wspomnieć, że początkowy plan wycieczki przewidywał dalszy jej bieg w kierunku skraju Puszczy Noteckiej, ku miejscowości Mokrzec -i stamtąd do Krzyża Wlkp.

Jednak będąc w Skwierzynie, nad Wartą <foto poniżej> -zmieniliśmy zdanie; Wojtek skusił mnie Lubikowem, który już kiedyś odwiedziliśmy. Teraz byliśmy na tyle blisko, że taki przejazd nie byłby problemem, a i miejscówka: piękna i pewna (wiedzieliśmy o „legalnym” biwakowisku LP).

Decyzja była więc prosta: zmieniamy plan i jedziemy do Lubikowa 😀

Odbiliśmy z wyjazdowej drogi ze Skwierzyny -na Chełmsko i dalej na Twierdzielewo, Kalsko i właśnie jezioro Lubikowskie.

Droga przez las do biwakowiska była trochę trudna i zawiła, ale z rewelacyjną wojtkową pamięcią daliśmy radę :)

Na miejscu okazało się, że jesteśmy jednymi z nielicznych osób zamierzającymi pobiwakować w tym miejscu :) a już na pewno jedynymi zostającymi na noc. Być może więcej ludzi przyjeżdża tu w sezonie, ale póki co -grono było wyjątkowo zawężone 😉

Nadal cudowna pogoda, szybko rozbiliśmy więc biwakowisko, wykąpaliśmy się w pięknej czyściutkiej wodzie i rozpaliliśmy ognisko, by odstraszyć wyjątkowo natrętne komarzyska, które ani na chwilę nie dawały o sobie zapomnieć…

Pod wieczór „odwiedziła nas” jeszcze bardzo sympatyczna grupa z Międzyrzecza 😉 -pozdrawiam!

Co do wrażeń ogólnych muszę jeszcze wspomnieć o jednej ważnej rzeczy -cały czas, podczas pobytu nad Lubikowskim jeziorem słychać było dziwny odgłos -miarowy, systematyczny… o dziwnym brzmieniu, jakby dmuchanie w butelkę…  niesie się echem po całej tafli wodnej, z różnych kierunków. Głos, którego na pewno nie słyszeliśmy będąc zeszłym razem nad tymże jeziorem.

Zaciekawił nas do tego stopnia, że postanowiłam po powrocie sprawdzić jego pochodzenie w Internecie.

Okazało się, że to ptak: bekas, który najprawdopodobniej powrócił w te rejony po dłuższej nieobecności :)

Ale nie dawał zasnąć nawet w nocy 😉 -sprawdziłam…

3 MAJA 2009: DZIEŃ 3

Lubikowo (-Pszew -Trzciel) -Zbąszyń

Dzień pod znakiem powrotu do Poznania.

Zwijając obozowisko w Lubikowie spotkaliśmy grupę płetwonurków z Wrocławia i okolic, która wybrała się nad jez. Lubikowskie ponurkować. Tego dnia było wyjątkowo gorąco, więc niemal od razu po wyjeździe z lasu krótkie rękawy poszły w ruch 😉

Śniadanie zjedliśmy na dawnym boisku piłkarskim za wsią Stołuń, ale znów zaatakowały nas wstrętne owady (tym razem meszki -w pełnym słońcu!), więc pośpieszyliśmy się i znów w drogę!

Droga wiodła przez Pszczewskim Park Krajobrazowy i nawierzchnią przypominała naszą swojską podpoznańską greiserówkę -drogę z betonowych płyt. „Najlepszą akcją” tej drogi -i to w cudzysłowiu, wykazał się pewien wrocławski kierowca…

Mianowicie, gdy spokojnie jechaliśmy „gęsiego” ową drogą, na której równie spokojnie mijały nas czasem pojawiające się samochody -nagle pojawił się bohater owej historii. Podjechał do nas z tyłu, trąbiąc, byśmy ustąpili mu całość drogi -zmuszając nas tym samym na zjazd na piasek znajdujący się z naszej prawej strony. Nie było tam jednak znaku dotyczącego pierwszeństwo przejazdu, co oznaczało, że jesteśmy równorzędnymi z autami -pojazdami; skoro inne auta bez problemu zmieściły się z nami na drodze, to i ten wrocławski kierowca będzie musiał :)

Kierowca narobił szumu bezpodstawnym klaksonem ( spokojnie metr szerokości od naszych rowerów), po czym -nagle wyprzedzając nas -pojechał dalej. Pointą było jednak to, co zrobił za chwilę: rozładowując swoją frustrację zjechał na chwilę na ww. piaskowe pobocze, czym wzbił lekkie tumany piasku i kurzu w górę prosto na nas; po czym znów spokojnie zjechał na betonową drogę i pojechał dalej.

Achhh, jak odegrał się niedobrym rowerzystom niechcącym ustąpić drogi jego wypasionemu autku z importu! 😉

Takiego braku kultury jazdy dawno już nie widzieliśmy; szkoda, że niektórzy kierowcy nadal traktują rowerzystów jak kogoś gorszego. :/

W sumie jednak owy kierowca nas rozbawił, i szybko o nim zapomnieliśmy :)

W drodze minęliśmy piękny, coraz bardziej turystyczny Pszczew, Trzciel, minęliśmy Obrę i tak oto dojechaliśmy do Zbąszynia -w samą porę, pociąg mieliśmy o 15:26 :)

Tak minęła wycieczka :)

OTO ZDJĘCIA z wyjazdu: :)

dsc07166.jpgdsc07168.jpgdsc07171.jpgdsc07172.jpgdsc07178.jpgdsc07179.jpgdsc07190.jpgdsc07206.jpgdsc07215.jpgdsc07216.jpgdsc07223.jpgdsc07226.jpgdsc07233.jpgdsc07243.jpgdsc07256.jpgdsc07264.jpgdsc07265.jpgdsc07270.jpgdsc07275.jpgdsc07287.jpgdsc07289.jpgdsc07291.jpgdsc07292.jpgdsc07303.jpgdsc07304.jpgdsc07307.jpgdsc07308.jpgdsc07311.jpgdsc07319.jpgdsc07324.jpgdsc07325.jpgdsc07331.jpgdsc07333.jpgdsc07339.jpgdsc07346.jpgdsc07349.jpgdsc07352.jpgdsc07354.jpgdsc07359.jpgdsc07361.jpgdsc07364.jpgdsc07365.jpgdsc07366.jpgdsc07369.jpgdsc07384.jpgdsc07386.jpgdsc07414.jpgdsc07415.jpgdsc07417.jpgdsc07419.jpgdsc07426.jpgdsc07439.jpgdsc07450.jpgdsc07455.jpgdsc07456.jpgdsc07462.jpgdsc07463.jpgdsc07466.jpgdsc07469.jpgdsc07472.jpgdsc07479.jpgdsc07480.jpgdsc07482.jpgdsc07487.jpg